2008.07.06.

Easy Rider
Film wykreowany przez Dennisa Hoppera i Petera Fondę. Film, który zmienił obraz motocyklisty w oczach szarego społeczeństwa.
Wielu młodych i gniewnych stara się przykleić sobie etykietę tytułowych bohaterów tego filmu. Buntownicy szukający wolność i przygodę.
I ja choć nie śmiem się nazywać Easy Riderem, to jednak gdzieś w marzeniach dążę do ideału.

Moja przygoda z motocyklem zaczęła się na Mazurach, latem, 1995 r.
Niewiele wiedziałem o życiu, o wolności, choć wolności wtedy mi nie brakowało.
Na camping Junakiem przyjechał Banan.


na zdj. Mały Gelos (brat Grubego), ja dumnie siedzący na stalowym rumaku (ehh włosy... gdzie teraz was szukać?) i wspomniany wcześniej Banan

Moja historia z Bananem była krótka lecz intensywna. W normalnych warunkach motocykliści tacy jak Banan nie dają motoru byle komu na przejażdżkę po mazurskich lasach. Ale ja i Gruby byliśmy wyjątkiem. Banan nie był do końca normalny. W końcu dał nam swój motocykl. Ja z Grubym także byliśmy dalecy by zmieścić się w ramach normalności. Może dlatego Banan nas polubił.
Z tego co się działo podczas 20 kilometrowej podróży, Dennis Hopper mógłby nakręcić drugi odcinek Easy Ridera.
Kiedy zwróciliśmy Bananowi motocykl byliśmy inni. Zachorowaliśmy na coś z czego do tej pory nie możemy się wyleczyć... i nie chcemy ;-)
Naszą chorobą zaraziliśmy Jacka. To właśnie on jako pierwszy kupił dwa Junaki (jeden do jazdy, drugi na części), które po dwóch latach podarował mnie, kiedy wyjeżdżał do Stanów.

Plan był prosty:
- Jacek wraca ze Stanów na HD WLA 42.
- ja dopieszczam sprezentowanego Junaka.
- Gruby kupuje sztukę i jedziemy w Polskę, odwiedzić wszystkie browary w naszym kraju.

Od razu wziąłem się za robotę. Po małym cięciu, gięciu, z dwóch motorów zrobiłem jeden. Miał na imię DRAGSTER.



Był dziełem mojego umysłu. Jedyny na świecie. Ukazujący niezależność i indywidualizm.
Rok czasu składałem silnik, a potem ożywiłem. Pieśń którą wydał był jak nektar dla uszu. Lecz spokoju nie dawała mi amatorsko pospawana rama. Ci co mieli pojęcie o spawalnictwie, pukali się mocno w głowę wiedząc, że spawałem ramę (grubość ścianki 1 mm) elektrodą 5 mm. Ryzyko, że motor rozpadnie się podczas jazdy było zbyt wielkie. Dlatego powstał DRAGSTER 2.



Zrobiony przez spawaczy profesjonalistów. Chłopaki dobrze wykonali swoją robotę ale zabrakło w tym wszystkim sztuki. Kompletnie nieprzemyślana konstrukcja. Kiedy zasiadłem na nim po zmontowaniu zobaczyłem, że cały widok na drogę przysłania bak i kierownica.

Dziś posiadam doświadczenie zebrane podczas składania dwóch wcześniejszych motorów i wiedzę techniczną, nabytą na polibudzie. Oto projekt przemyślanej i wyśnionej maszyny. Docelowo zaprojektowany pod silnik Junaka ale coraz intensywniej myślę o silniku Triumph`69.


zdj. czarną linią narysowany jest projektowany motor, niebieską nakreśliłem siebie tylko lżejszego o jakieś 85 kg. ;-)

A tak będą mnie postrzegać.





Tak wygląda moja papa.



2008.07.16.

Nie odzywałem się trochę.
Siedzę z rodziną w Dębkach nad naszym, polskim morzem. Dorwałem jakiś komputer z XX w. Dramat.

Zdjęć nie robię... w ogóle nic nie robię. Plan jest taki żeby nic nie robić. Wygasić umysł.

Czasem pyknę jakiś kiczyk :-)



Dzień wygląda tak:
dziewczyny się opalają.



Szwagier rozlewa napoje chłodzące (pigwówka 2006 r... miodzio).



Kiedy słonko zachodzi żegnamy je wspólnym "papa"



A w nocy kompletna dobitka na dyskotekach.



Mam w planie zrobić reporta z rybakami. Choć jeszcze się zobaczy. Teraz nadrabiam z rodziną stracony w robocie czas.

2008.07.28.

Sorry, że przez jakiś czas byłem nieaktywny. Obecnie przechodzę problemy natury technicznej. Wszystko jest na dobrej by wrócić do wirtualnej przestrzeni.

Wróciłem z wakacji. Kompletna porażka, jeśli chodzi o pogodę.
Podobno człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi. Ja jestem tego żywym przykładem. ;-)
A tak poważnie.
Rozwiązywałem jakieś logiczne zagadki z czasopism, projektowałem w głowie konstrukcje pojazdów (dwu i czterokołowych), tworzyłem nowe punkty na mojej liście marzeń, uczyłem się hiszpańskiego, czytałem książki, grałem w karty z przyjaciółmi (raj dla mózgu), itd.

Podczas tego pobytu ponownie zauważyłem jak historia zatacza swój kolejny krąg.

Młody zaczyna wykazywać talent muzyczny. Dużo śpiewa i to dosyć czysto, choć nie na tyle by wstrząsnąć światem muzyków. Niemniej, ma dobry słuch muzyczny i wyczucie rytmu. Nie marzy mi się, by Miko został muzykiem. Przypilnuję, by miał ścisły kontakt z muzyką. Choć w ostateczności mam gówno do gadania. To jego życie, a ja jestem od tego, by go wspierać i właściwie pokierować. Na razie niech się bawi. :-)



Obaj jesteśmy maniakami motorów.



Obaj umiemy polować. Choć jego mięsko morze wyrzuciło na piasek ;-)



2008.07.30.

Kolejna wyprawa. Było nas sześcioro: ja, Ula z Różną, Barti, Paweł Wuuu i Grzesiek zw. Betko. Wsiedliśmy w pociąg do Koniecpola.



Jeny... sto lat nie jeździłem pociągiem. W zasadzie nic się nie zmieniło. Może jest trochę czyściej. Mam sentyment do pociągów. Zjeździłem nimi pół świata.



Nie mieliśmy zbyt wiele czasu więc od razu zajęliśmy się poszukiwaniem knajpy w Koniecpolu. Chłopaki na dzień dobry pyknęli po piwku i pięćdziesione orzechówki. Ja uzupełniłem kolekcję piw o 6 dzieł śląskich piwowarów.



Potem szybki lunch na Rynku.



Przy okazji delikatny prysznic.



I powrót na dworzec, by zdążyć na pociąg do domu.

Zrobiliśmy parę fot. Coś na pograniczu artyzmu i industrialu.
Ja chciałem ukazać nękane społeczeństwo przez Koniecpolskie Zakłady Płyt Wiórowych. Zapach wokół zakładu był cudny (ścięte drzewo). Ale hałas wydobywający się z budynków był niedowytrzymania. W promieniu 1 km było słychać bolący w uszach świst.



Tak ich widzę.