2009.03.02.

Mówi się, że najlepszy okres w życiu człowieka przypada na 18÷23 rok życia.

Ja nie narzekam na gorsze okresy w moim życiu, ale faktycznie lata 18÷23 były szczególne i za to głównie dziękuję rodzicom... za cierpliwość, wyrozumiałość... za wolność.

Kiedy ukończyłem 18 lat wymyśliłem sobie, że zapracuję na swoje wakacje. Pomysł wziął się stąd, iż moi koledzy, by wyjechać gdzieś w Polskę, musieli właśnie w ten sposób zasilić swój porfwel.
Imałem się różnych zajęć, ale jakoś nie miałem do tego serca. Wtedy mój tata do mnie rzekł.

- synu... w swoim życiu zdążysz się napracować. Póki co, proponuję taki podział ról. Ty się uczysz, a ja cię utrzymuję.

Kompletnie nie zrozumiałem tych słów. Jak wielkie przesłanie niosły ze sobą.

Postanowiłem w wakacyjny czas nie siedzieć w domu. Koledzy do pracy, a ja do Kazimierza Dolnego.
Sam, zdany na łaskę losu, co dzień pojawiałem się na rynku i łapałem życie garściami. Fundusz dzienny wystarczał na cztery browarki i trzy zupy pomidorowe. Panie w restauracji miały niezły ubaw kiedy mnie widziały w drzwiach. Czasem dawały gratis w postaci drugiego dania. :-)
Historia mojego życia spędzonego w Kaziku, jest długa i kolorowa. Dziesiątki poznanych ludzi, myśli. Być może kiedyś to przeleję na powierzchnię monitora.

Jakkolwiek było w Kaziu, na początku sierpnia powracałem do domu, by przepakować plecak i wyruszyć na Mazury z moimi 'bogatymi' kumplami ;-).

Na mazury jeździłem od podstawówki... z rodzicami.
Na początku średniej szkoły, rodziców zastąpiło towarzystwo z podwórka... jakieś 15 osób. Wtedy poczułem smak taniego wina :-)
Z wolna zacieśniała się więź moich kumpli z klasy, z technikum. Nasze wspólne wypady na Mazury zaczęły się w roku 1990, chyba jesień.
Grupę stanowiłem ja, Kłosek i Dżordżyk. Na dworcu pojawił się też Szymanek ale w ślad za nim przyszedł jego tata, wykrył, że synek nieźle przyciemnił i podróż Szymanka na tym etapie się zakończyła.

Miejsce, w które jeździliśmy, odkrył Kłosek. Był to ośrodek warszawskiego browaru i zakładów meblarskich z Olsztyna. Wszystko osadzone w środku lasu, nad jeziorem Sasek Wielki.
By tam się dostać, pociągiem jechaliśmy do Olsztyna (przesiadka w Warszawie), potem PKS-em do Jęcznik, a trzecim etapem podróży stawał się 7 km marsz przez las. Wszystko trwało 12 godz.
Jako, że najbliższa cywilizacja mieściła się ok. 15 km, trzeba było mieć wszystko ze sobą. Picie, jedzenie, picie... dużo picia ;-)
Na miejscu byliśmy tylko my i niewidzialny leśniczy, Gienek.
Łowiliśmy ryby, piliśmy, chyba trochę gadaliśmy i ćwiczyliśmy wspinaczkę po drzewach oraz rzucanie nożem. Wszytko po to, by wyjść cało po konfrontacji z dzikiem. Wokół naszego domku odkryliśmy ślady parzystokopytnej zwierzyny, zrytą ziemię... Pod koniec naszego pobytu okazało się, że domniemane dziki to zwykłe świnie. :-)

Niestety.. jakoś nie myśleliśmy wtedy, by to wszystko rejestrować na kliszy... szkoda. :-(

Rok 1991 - wiosna.

Grupę mazurskich podróżników zasilił Zbycho... kolega z ławki. Atrakcją było picie i rozmowy, no i ogólna rozpierducha.
Oczywiście zdarzały się wpadki. Zbycho nie miał doświadczenia w byciu (piciu) z nami na Mazurach i schował swoją kolację pod poduszkę Kłoskowi... tę, którą wcześniej zjadł ;-)

Brak zdjęć :-(

Rok 1991 - wakacje.
Cały ten okres spędziłem w Kaziku.

Rok 1992 - wiosna.

Zaraz po obronie prac dyplomowych, tuż przed maturą, na dworcu pojawiłem się ja, Kłosek, Gruby, Odpust i Jack.

Każdy posiadał osobowość. Byliśmy już inni, zgrani i maksymalnie pojebani.

Podróż w pociągowym kiblu, na plecakach.



Marsz leśnym traktem.



Dom, który nas gościł, nosił imię 'Poziomka'.





W mojej szafce nie było dużo ubrań ;-)



Nocne szantowanie przy ognisku.





Jako główne atrakcje podczas naszych wypadów królowały: picie, kąpiele w jeziorze, niekończące się rozmowy, dzień kawałów... i wszystkie głupoty świata jakie zdołaliśmy wymyślać.





A na końcu naszego pobytu byliśmy bez grosza i humoru. Powrót do rzeczywistości... za kilka dni matura :-(





Białe skarpetki :-)

Dzień kawałów stał się stałym punktem naszych mazurskich pobytów.
Strzyżenie szczoteczek do zębów z pozostawieniem jednego pędzelka, w wyniku cieplnej obróbki zmienianie szczoteczek w plastikowe kulki, przecinanie kroku w majtkach, wypełnianie skarpetek piachem, puszczanie zdechłego wróbelka w stronę kolegi, wkładanie nóżek zdechłego wróbelka do śpiwora, zabieranie garderoby podczas kąpieli pod prysznicem, polewanie wodą w kiblu podczas opróżniania się, solenie herbaty, ok 10 kombinacji z namiotem i milion innych wariactw.
Zasada była prosta. Podczas tylko jednego dnia (mazurskiego wypadu) każdy kawał był dozwolony. I co ważne... nie można było powtarzać numeru. To czyniło nas kreatywnymi ;-)

Rok 1992 - wakacje.

trochę się zmieniło.

Krajobraz wypełniały dziewczyny. Zaczęliśmy mądrzeć... na szczęście nie wszycy :-)

Na dworcu pojawiłem się ja i Gruby, Jack, Kłosek, Odpust, Dominik (brat Grubego), Mazek, Szymanek z Żabą, Muniek (brat Szymanka), Dżordżyk z Ilonką i dziewczyna, która na dzień dobry odziedziczyła przezwisko Laska.

To był czas, w którym zaczęliśmy się zakochiwać... tak na poważnie. Na szczęście nie wszyscy ;-)

Nie zmieniły się nocne granio-śpiewanie.







Nie zmienił się nasz stosunek do życia... nadal byliśmy porąbani :-)









Ten widok towarzyszył mi przez całe życie... czy to podczas szukania kleszcza, czy na imprezach... czy tak po prostu, bez okazji...



Swoim zachowaniem przyciągaliśmy ludzi jak muchy do lepu... dziewczyny ;-)

Marta



Kilku z nas zakochało się w Marcie... ja też.

Była też Katarzyna o błąd włosach.



Znowu się wszyscy w niej zakochali... najbardziej Dominik.

Była też Agnieszka.



I tak spędzaliśmy każdą noc, przez prawie cztery tygodnie.



Rok 1993 - wakacje.

Na dworcu pojawiłem się ja i Gruby, Dominik (brat Grubego), Jack, Kłosek z Żabą (ale nie Szymankową Żabą), Mazek, Szymanek z Żabą nr 1, Muniek (brat Szymanka), Dżordżyk z Ilonką, Sonia z Martą i Klarysą, Dwie Agaty, Ryba, Marcin i jego brat Tomek, Dżordż Exclusive i Tomek kulturysta.

Grupa rosła w oczach. Mieliśmy już do dyspozycji jeden samochód (maluch). Przewóz piwa stał się łatwizną. To już nie była całodzienna wyprawa po 250 butelek piwa (Jurand) co dwa dni... oficjalna wersja brzmi, że w hurtowni mieli tylko 230... droga była długa ;-)

To był rok pod znakiem ostrych balang, Adasiowego markotnika i żeglarstwa prze duże 'Ż'. W 1993 roku nauczyłem się łapać wiatr z żagiel windsurfingu i bączka.



Dobrzy żeglarze ze Szczytna (rodzina Marty), zabierali nas na szaleństwo Omegą.

Wtedy też poznaliśmy chłopaków z Ostrołęki... nieźle pojebani... swój ze swoim zawsze się dogada :-)









Pewnego wieczoru odwiedziły nas dziewczyny w Warszawy... Edyta i Kasia... nasze muzy... na pewno moje ;-)
Niestety przywitałem je w białych skarpetkach... co za klęska.



W miedzy czasie pożegnaliśmy Sońkę, Martę i Klarysę.



A po wielu, wielu dniach i my musieliśmy wrócić do rzeczywistości... zdjęcie pożegnalne.



Rok 1994 - wakacje.

Na dworcu pojawiłem się oczywiście ja i Gruby, Dominik (brat Grubego), Gelos (najmłodszy brat Grubszego i Dominika), Jack, Kłosek z Żabą, Mazek, Szymanek, Muniek (brat Szymanka), Dżordżyk z Ilonką, Sonia z Martą, Ryba, Beti, Magda, Marcin i Agata, Dżordż Exclusive i Szymon kulturysta ze swą miłością, Misiek z Beatą i jakaś para, która przyjechała z Miskami, ale nie wyłazili z namiotu więc tak jakby ich nie było... poważnie, cały wyjazd w namiocie. Obok nas rozbiła się Edyta z Wawy, Karczu, Banan - wzór niedościgniony i chłopaki z Ostrołęki.

Ten rok był znakiem zmian. Na moich nogach pojawiły się czarne skarpetki, w głowie milion pomysłów.
Słońca nie było zbyt wiele, ale już dawno przestaliśmy się opalać.
W ciągu dnia królowały karty, książki, trochę żeglarstwa...



Trochę się wygłupialiśmy :-)





Fotka z dnia kawałów... Gelos trzyma wygoloną szczoteczkę Grubszego... zostawiłem w niej jeden pędzelek, by Grubszy mógł utrzymać higienę jamy ustnej, do końca pobytu :-)
Ja, tego dnia rankiem, miałem problem z rozsunięciem suwaków w namiocie. A lać mi się chciało jak cholera. Krzyczałem, wołałem ale zamiast pomocy słyszałem falę śmiechu. A wieczorem, po markotnikowym spotkaniu u Adasia, nie mogłem wejść do namiotu, bo nie było w nim wejścia. Grubszy trochę zmodyfikował konstrukcję mojej noclegowni.



Zakochani mieli przerąbane... zawsze musiałem wleźć w kadr.



Wieczory spędzaliśmy przy ognisku... jak nie lało. Pewnego dnia przyszła do nas dyrektorka ośrodka browarów warszawskich i zaprosiła nas na swoje ognisko.

- usłyszałam jak pięknie gracie i śpiewacie. Przyjdźcie do nas na ognisko... jest kiełbaska, dwie beczki piwa...

Kiedy opadł kurz, pani dyrektor spostrzegła, że jest sama przy namiotach. My w tym czasie żarliśmy kiełbachę i kończyliśmy drugi kubeczek piwa.

Czasem wpraszaliśmy się na ośrodkową dyskotekę.



W tym okresie miło wspominam znajomość z Bananem. To, jak naprawiał swój motocykl (zajechane sprzęgło) młotkiem i przecinakiem ;-). Zmienił moje życie i być może nie tylko moje... Wtedy narodziła się pasja. I tak zostało, aż po dzisiejszy dzień.



No i fota pożegnalna... Żyjesz z ludźmi przez kilka tygodni, a potem każdy rozchodzi się do własnego domu, życia... zawsze smutne :-(



Na mazury wyjechaliśmy jeszcze w 1995 i 96 roku. Już było inaczej. Mniej szaleństw. Więcej troski o osoby towarzyszące, dopadła nas dorosłość... ehh.

W 1997 roku już nie pojechałem z grupą. Zacząłem przecierać nowe szlaki... w życiu.
Dziś już żadnego z nas nie stać, by żyć tak beztrosko i cholernie prosto.

Dziś rozumiem co dali mi rodzice kiedy ukończyłem osiemnaście lat... a właściwie to... piętnaście :-)

2009.03.10.

Oglądam świat oczami podróżników, fotoreporterów... no cóż, nie stać mnie na to, by wszystko rzucić i iść przed siebie. Pocieszam się taką namiastką.

Ostatnio, oglądam świat oczami Toma Waitsa i Bruce Springsteena. Obaj są mocno osadzeni w realiach USA.
Czytam ich teksty i nie mogę uwierzyć, że istnieje taki świat. A jednak...
Oczywiście w ich tekstach, cudowna Ameryka nie jest pokazana w kolorach.
Inaczej wyglądają problemy społeczne, brak pracy, małe miasteczka... inaczej wygląda nieszczęśliwa miłość. Wszystko jest takie intensywne i dramatyczne.

Próbowałem napisać tekst ocierając się o problematykę zawartą w piosenkach Bruce-a czy Toma.
I nie dałem rady... wszystko wypadało jakoś blado, bez smaku i dosyć śmiesznie.

Potem myślałem o naszym świecie (o Polsce) zawartym w utworach muzycznych. Teksty w piosenkach Marka Grechuty, Kombi, Lady Punk, Republiki, Dezertera, KSU...
U nas jest dużo buntu, walki... prób zwrócenia uwagi, popychania do myślenia.

Oczywiście moje widzenie ograniczyłem do dwóch panów z Ameryki. Jest ono wycinkiem. Nie może oddawać całości. Porównania są nie na miejscu.
Niemniej, to co pokazali jest piękne, niepowtarzalne i zmusza także do zatrzymania.

2009.03.11.

Właśnie jestem po odwiedzinach strony Wojciecha Cejrowskiego.
Dokopałem się do działu 'Wyprawy dla Was'. Obecnie jest tam szczegółowy plan pobyty w Meksyku z WC. Nie ukrywam, że wystrzeliło mnie to w kosmos... przeżyć coś takiego... ehhh.
Była tam propozycja spędzenia warsztatów foto z WC. Na razie nic konkretnego... ale może kiedyś coś takiego powstanie.
Napisałem do Pana Wojtka list z różnymi propozycjami. Może zbierze się wystarczająco liczna grupa by ten pomysł się urzeczywistnił... to by dopiero było. ;-)

2009.03.13.

Wydawało mi się, że pokrywa śnieżna wytopiła się do zadowalającej grubości. Z tej okazji wyciągnąłem swojego aluminiowego rumaka i przegoniłem go po świętokrzyskich górkach. Myślałem, że będzie fajnie... hmmm... i w sumie było.

Pierwsze trzy kilometry zrobiłem w 32 min. Pieszo, miałbym na liczniku ok. 4 km. Na czerwonym szlaku grubość pokrywy śnieżnej wahała się od 2÷10 cm... Masakra... Moje płuca po wielkim poście odmówiły współpracy (ok. 8 miesięcy nie licząc pojedyńczych zrywów). Tętno od 160÷178 i nie chciało spaść. To wynik lenistwa, dobrze pielęgnowanego w 2008 r.

Mam do zrealizowania parę szczytnych celów w 2009 r. więc trzeba ostro się wziąć za siebie... stąd moja zimowa przygoda na rowerze. A poza tym, to już nie mogłem doczekać się wiosny, więc wyjechałem jej na spotkanie :-)



2009.03.15.

To było jakby wczoraj, kiedy odebrałem z rąk mej ukochanej małego człowieka. Patrzył na mnie, choć pewnie niezbyt dobrze widział...
To było jakby wczoraj, kiedy uczyłem go pierwszych kroków, kopać piłkę i przechodzić przez płot... poprawiałem niedbale wypowiadane słowa, i tłumaczyłem, że mali ludzie i samochody na drodze to nieciekawe połączenie.

Sześć lat jak jeden dzień, jak kilka chwil...





2009.03.19.

Czwartek. Za oknem plucha. Wiatr, zimno jak w psiarni, a do tego śnieg z deszczem. Szkoda takiej pogody na rowerowe przejażdżki. Więc, postanowiłem połazić po lesie i wypróbować swój nowy, survivalowy sprzęt.



Nóż ma ukrytych parę talentów. W samym nożu mieści się kompas, przybory do rozpalenia ogniska, i wędka na ryby.
Pochwa zaś, to prawdziwa, survivalowa skarbnica. Sama w sobie jest procą dosyć skuteczną by pokonać wróbelka ;-), ma też ok. 4 m sznurka, mały nóż rzutkę, który może służyć jako zakończenie dzidy i otwieracz do konserw, i parę innych pierdoł... wszystko to wykonane przez małe chińskie rączki... więc tak naprawdę gówno warte :-)
No ale po małych modyfikacjach ujdzie to wszystko w tłoku.

Pomyślałem, że dziś upoluję małego królika i zjem przy ognisku... była 17:30... zaczynał zapadać zmierzch.
- hmm... późno już... pomyślałem - muszę zrezygnować z królika.
Pobiegłem do lodówy i wyciągnąłem kawałek zabitej świni, włożonej w jej własne trzewia... potocznie nazywanej kiełbasą.
- to dziś upiekę nad ogniem - uradowałem się trzymając w łapach kiełbachę i wyruszyłem w kierunku lasu.

Trzy kilometrowy marsz doprowadził mnie do centralnej części lasu, znajdującego się między Kielcami i Masłowem. To było dobre miejsce na przemianę teorii w praktykę.
Teorię nabyłem podczas oglądania filmów na Discovery Ch. o przetrwaniu w różnych warunkach.

Środek lasu, głowa pełna wiedzy... nic prostszego by rozpalić ognisko. Gasnące światło, padający śnieg z deszczem trochę nie pomagały mi w wykrzesaniu iskier ale twardziele muszą radzić sobie w każdych warunkach ;-).

Zebrałem trochę paproci, gałązki, źdźbła trawy i... i nic. Wszystko mokre, nie chce się zająć ogniem. Po 40 minutach wyciągnąłem starą mapę, z myślą, że to wyczaruje ogień...



Niestety... mapa poszła z dymem, a ognia ni widu, ni słuchu :-(

Potem wiedziałem co zrobiłem nie tak... popełniłem błąd w przygotowaniu ogniska. Nawet w tak paskudną pogodę jak ta, w której ćwiczyłem survivalowe umiejętności, można odszukać suche materiały palne. Trzeba to wszystko wykonać dużo wcześniej i poświęcić na to więcej czasu.
Drugim błędem, który popełniłem było nie oznaczenie kierunku, w którym miałem wrócić do domu. Pierwszy raz w życiu zgubiłem się w lesie... było ciemno i cicho. Wiele by się nie wydarzyło... zrobiłbym więcej kilometrów. Na szczęście z pomocą przyszedł mi kompas. Nie sądziłem, że to chińskie badziewie kiedykolwiek się przyda... a jednak :-)

Z tej małej wycieczki wyciągnąłem kilka ciekawych wniosków.
W takich sytuacjach jak ta, którą ćwiczyłem, niezbędny jest ostry nóż... mój, małe chińskie rączki zapomniały naostrzyć.
Przygotowanie do noclegu i rozpalenie ogniska w tak trudnych warunkach pogodowych, należy rozpocząć duuuużo wcześniej, i liczyć się z tym , że potrwa to parę godzin.
Kiedy przestajemy myśleć o kierunku, w którym podążamy z racji przygotowań do noclegu czy czegokolwiek, można ułożyć z patyków strzałkę wskazującą kontynuację marszu. No chyba, że ma się kompas.
Nocne łażenie po leśnych bezdrożach nie jest mądrym pomysłem. Należy unikać takich wycieczek, gdyż łatwo o kontuzję... wybite oko. Wszystko planować z wielogodzinnym wyprzedzeniem.
Choć dzisiejsza wyprawa była zwykłą zabawą, to i takie źle się kończą, jeśli nie przestrzega się kilku, prostych zasad.